Spotkanie z Moai

Spotkanie z moai, prastarymi strażnikami Wyspy Wielkanocnej

Nie pamietam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam majestatyczne moai z Wyspy Wielkanocnej, może to było na jakimś kanale podróżniczym, może w jednym z podróżniczych czasopism, jakie zwykłam wertować, a może na jakiejś pocztówce. Wiem jednak jedno… to była miłość od pierwszego wejrzenia! Te kamienne postaci mają w sobie coś tajemniczego, coś wręcz magnetycznego. Niby nie mają oczu, ale patrzą przenikliwie, wzbudzając respekt, jak przystało na strażników niezbadanych tajemnic ludzkości. Tu od razu mały spojler, ciekawostka, okazuje się, że moai miały kiedyś oczy! Były wykonane z korala ze źrenicą z ciemnej skorii i mówię wam, z tymi oczami wzbudzały chyba jeszcze większy respekt!

Do trzech razy sztuka – probujemy dotrzeć na Wyspę Wielkanocną

Kiedy dowiedziałam się, że Wyspa Wielkanocna należy do Chile, a ja niebawem przecież w Chile zamieszkam, wiedziałam już, że po prostu MUSZĘ je zobaczyć! Jednak sprawa okazała się nie taka prosta. Po pierwsze, owszem terytorium wyspy po burzliwej historii należy do Chile, nie mniej jednak stanowi najdalej położone od stałego lądu zamieszkałe miejsce na ziemi i żeby tam dotrzeć, trzeba przemierzyć kilkugodzinnym lotem Ocean Spokojny. Do tego nie wiem, dlaczego ten ocean właśnie tak się nazwywa, bo można o nim powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest spokojny. Lot ten do tego bywa bardzo burzliwy. Po drugie, zaraz po zakupieniu biletów na Wsypę na świecie wybuchła pandemia Coronavirusa i nasz pierwotny lot został odwołany na czas nieokreślony, a wyspa całkowicie odcięta od świata współczesnego, dopuszczając jedynie loty wojskowe z dostawami żywności. Mieszkańcy wsypy doznali prawdziwego duchowego katharsis podczas pandemii, doszli do wniosku, że nie potrzebują już turystów, aby przeżyć, zajęli się kultywowaniem prastarych tradycji, rolnictwem, hodowlą zwierząt, rękodziełem, muzyką i… wydawali się szczęśliwi.

Kilkukrotnie w głosowaniach odmawiano otwarcia wyspy na turystów, mówiono nawet o tym, by zakazać im już wstępu na zawsze. Możecie więc sobie wyobrazić, że kiedy po ponad dwóch latach zamknięcia oficjalnie ogłoszono otwarcie wyspy, nie mogłam uwierzyć we własne szczęście i zarezerwowałam miejsca od razu (na wszelki wypadek), w pierwszym samolocie. W międzyczasie w naszej rodzinie też się pozmieniało, gdyż pojawił się na świecie Adaś, którego nie było nawet w planach, kiedy kupowaliśmy bilety na wyspę. Musieliśmy go „dołożyć” do biletu, co też wywołało niemałe zamieszanie. Ale jednak ta historia nie ma jeszcze szczęśliwego zakończenia. Ku mojej rozpaczy decyzja o otwarciu wyspy została wycofana przez protesty lokalnych mieszkańców, i po raz kolejny zostaliśmy z biletem, ale bez samolotu, który mógłby nas tam zawieźć. Musieliśmy odłożyć plany na kolejny rok, a ja powoli traciłam nadzieję, że kiedykolwiek tam dotrzemy.

Iorana! Oto jesteśmy

Tak więc kiedy po ponad 3 latach nerwowego oczekiwania na to, czy kiedyś uda nam się zobaczyć wyspę, wreszcie na niej wylądowaliśmy, towarzyszyło mi uczucie euforii trudne do opisania, nawet język mi się plątał! Z lotu ptaka Wyspa Wielkanocna wygląda majestatycznie, zielona plama pośrodku oceanu, a głęboki krater Rano Kau (przyp. największy wulkan na wyspie), wygląda jak ślad po wielkim meteorycie. Nic dziwnego, że pierwsza nazwa wyspy to Pępek Ziemi, dokonale to oddaje jej lokalizację po środku bezkresnego oceanu. Zbliżamy się do wyspy, napięcie rośnie, pilot robi podejście do pasa startowego, który przecina całą wsypę i rozpoczyna się i kończy w morzu. Uda mu się? Czy nie uda? Udało się! Uff… Jesteśmy. Iorana!!! (przyp. Witaj! w lokalnym języku rapa nui) Jeszcze kwieciste naszyjniki nałożone nam na szyję przez naszych gospodarzy, ręcznie wykonane ze świeżych kwiatów, jakich zapach unosi się w powietrzu wokół lotniska, tłumy turystów przeciskających się po swoje walizki i poszukujących swoich gospodarzy i już opuszczamy lotnisko. Ta nazwa brzmi jednak zbyt dumnie, gdyż  mówimy to o kilku niewielkich budynkach pokrytych strzechą. Jestem bardzo szczęśliwa, a próbującej nadążyć za mną rodzince zaczyna się powoli udzielać mój entuzjazm. To irracjonalne, ale wyraźnie czuję energię tego miejsca, każdy powiew wiatru przyprawia mnie dosłownie o ciarki. Jakbym czuła zapach historii! Już wkrótce je zobaczę, już wkrótce staną twarzą w twarz ze strażnikami przeszłości: tajemniczymi moai!

Wkrótce dowiadujemy się, jak wielkie mieliśmy szczęście, że udało się nam dotrzeć na wsypę. Parę godzin później na Pacyfiku rozpętuje się sztorm i kolejny samolot przed samym lądowaniem musi już zawracać do oddalonego o 3750 km Santiago de Chile! Loty na wyspę zostają zawieszone do poniedziałku… Ocean nie rozpieszcza wyspy, loty dość regularnie muszą zawracać ze względu na trudne warunki atmosferyczne i brak możliwości lądowania. No takiego pecha to moje nerwy by już chyba nie wytrzymały, nie po tylu latach oczekiwania!

Zostawiamy walizki w naszej chatce, która stanie się naszym domem na czas pobytu na Wsypie Wielkanocnej. Szkoda czasu! -wołam. Biegiem rodzinka marsz! Kilka narzekań Roberta, że ze mną zawsze to samo i że człowiek nawet się położyć nie może po tak długiej i męczącej podróży (puszczam to jednym uchem, a wypuszczam drugim, bo gdybym zawsze pytała moją rodzinę o to, na co mają ochotę, prawdopodobnie zawsze siedzielibyśmy w domu, albo w restauracjach!) i wyruszamy na podbój wyspy.

Chwila, która zostanie z nami na zawsze

Nad wyspą unosiła się burza. Wzburzone morze chłostało skaliste wybrzeże, palmy uginały się pod wpływem podmuchu wiatru, a wyspę spowijała gęsta mgła. Tak więc nasze pierwsze spotkanie będzie w deszczu-pomyślałam. Nie tak człowiek wyobraża sobie pierwszą randkę, tak długo wyczekiwane spotkanie! A jednak się nie zniechęcam, nic nie jest w stanie mnie odciągnąć od realizacji planu! Jedziemy do największego ahu na wsypie (przyp. ahu- to tradycyjne platformy ceremonialne, na jakich stoją moai), Ahu Tongariki. Niby wyspa nie jest duża, jedziemy może z 30 minut, ale wystarczy żeby dzieci popadały jak susły na tylnim siedzeniu i nagle… Gardłowe “ahhh” wyrywa się równocześnie mi i mężowi! Są! Zaskoczyły nas, wynurzyły się nagle, zza rogu. Są większe niż się spodziewałam, dostojniejsze i jeszcze bardziej tajemnicze! Obracam głowę, widzę moje aniołki śpiące, ułożone jak domino na tylnym siedzeniu auta. Oj tak! Aniołkami to one są tylko, kiedy śpią! Waham się przez moment czy je budzić, żeby też zobaczyly to cudo, ale w końcu macham ręką, przecież będzie jeszcze okazja, a tak słodko śpią! Wybiegamy z Robertem z auta z piskiem, jak dzieci. Wow, oh, ach i eh… wymieniamy się wrażeniami. Coś niesamowitego! Do oczu mi napływają łzy, cóż taka ze mnie nostalgiczna histeryczka, jak mnie coś wzruszy. A na tą chwilę czekałam długo, zdecydowanie za długo.

Chyba nikomu oprócz nas się nie chciało wyściubiać nosów ze stolicy wyspy targanej burzą. Na drodze nie było żywej duszy. Wydaje się, że jesteśmy tu sami, oni i my. Strażnicy przeszłości. Stoją w szeregu na skraju morza, dumnie wypinając piersi. Jak żołnierze różnej postury, jest i ten gruby i ten chudy, ten wysoki i ten niski, ten co ma hełm i ten, co go ściągnął. Mgła spowija ich dookoła dodając im tajemniczości, a deszcz zacina im twarze, choć wydają się tym niewzruszone. Słychać rżenie dzikich koni biegających po okolicznych zboczach, wiatr niesie szum spienionych fal wybijających się wysoko w powietrze. I tak stoimy w niemym zachwycie, ja i Robert, zupełnie odruchowo łapiemy się za ręce. Dzieci śpią w aucie i tracą chwilę, którą zapamiętam na całe życie. My i moai, moai i my. Wokół niby burza, a jednak cisza. Przed nami niby historia, a jednak teraźniejszość. Czuję, jak serce przepełnia mi ogromna wdzięczność za to, że tu jestem, że tu i teraz, że w końcu. Iorana!

 

You may also like

2 komentarze

Bradley Hubbard 2024-03-16 - 14:59

I am sure this piece of writing has touched all the internet people, its really really
pleasant paragraph on building up new website.

Reply
Carol Taylor 2024-03-19 - 05:47

Everyone loves what you guys tend to be up too. This type of clever work and coverage!

Keep up the terrific works guys I’ve incorporated you guys to
my own blogroll.

Reply

Leave a Comment